Kingpin Best Deals

Szkoła uczy języków obcych … doesn’t it? ;-)

Skończyły się wakacje, zaczęła się szkoła i zaczęło się (u mnie, ale pewnie u Was też) „polowanie” na dobre zajęcia pozalekcyjne.

Bo każdy „porządny” rodzic wychodzi z założenia, że „czym skorupka za młodu nasiąknie”…  I dlatego od małego (o ile tylko może sobie na to pozwolić) inwestuje w progeniturę i wysyła na odpłatne (lub darmowe) zajęcia dodatkowe. Języki, sport, zajęcia artystyczne, rozwijanie talentów, zainteresowań, umiejętności… wszystko co się da, co się uda znaleźć, co się uda sensownie upchnąć w kalendarz… Oczywiście jest też spora grupa rodziców, którzy z kolei uznają, iż dzieci, to dziecko, ma chodzić do szkoły i się bawić, a wmuszanie w nie zajęć dodatkowych jest niewskazane czy wręcz szkodliwe… Ewentualnie uznają, że koszty zajęć są niebotyczne i nie warto ponosić takich wydatków, jak dziecko zechce to się douczy w dorosłości, za własne pieniądze, przecież „na naukę nigdy nie za późno” …  Lub ich normalnie nie stać, ale nie zadają sobie trudu aby wyszukać (a bywają takie) zajęcia nieodpłatne…

Tak czy siak, co roku, gdzieś od sierpnia do początku października w szkołach językowych, klubach zainteresowań i innych takich jest najazd oszalałych i zdenerwowanych rodziców, którzy chcą koniecznie na coś dziecko zapisać…

Ja też zapisuję. Choć nie na wszystko i nie w dużej ilości. I mam nieco inne priorytety, niż wielu znanych mi rodziców.

Bo ja uważam, że zajęcia dodatkowe owszem, ale w rozsądnym wymiarze, pozwalającym mieć czas na naukę oraz rozrywkę, a nie wszystko co się tylko da, aby dziecko znało się na wszystkim i było alfą i omegą :p . I priorytetowe jest dla mnie nauczenie Młodego języków obcych (w pierwszej kolejności angielskiego), a potem ewentualna aktywność ruchowa.  Młody na razie nie wykazuje jakichś zdecydowanych zainteresowań (ani talentów 😉 ) artystycznych, więc tego typu zajęcia nam szczęśliwie odpadają, nie rozdymając tygodniowego harmonogramu.

No i skoro wrzesień się zaczął, to zaczęłam poszukiwanie nowej (ze starej z wielu względów postanowiłam zrezygnować)  szkoły językowej dla Młodego. Już kiedyś szukałam i pamiętam, że był z tym spory problem, bo ja upieram się aby zajęcia odbywały się możliwie blisko, aby nie tracić niepotrzebnie czasu na dojazdy i inne takie, lepiej żeby Młody miał więcej czasu dla siebie i dla szkoły … I nie wierzę również w „przesądy”, że „im drożej tym lepiej”… sama sprawdzam (w przypadku angielskiego mam ku temu kwalifikacje) zanim wybiorę szkołę…

Tym razem byłam jednak sprytniejsza i zamiast szarpać się po internecie zadałam pytanie o polecane szkoły na fanpage mojej strony, która jest portalem dla dzielnicy… I okazało się, że sąsiedzi to najlepsze źródło informacji – od nich dowiedziałam się, że dosłownie kilka dni temu Empik otworzył placówkę na Kępie 🙂 . Szkoła natychmiast została dodana do katalogu firm na mojej stronie, ja zaś poleciałam z Młodym dowiadywać się o dostępne kursy, warunki finansowe oraz żeby sprawdzić, do jakiej grupy Młody się kwalifikuje…

Po spotkaniu już wiem, że mój Młody wg testów kwalifikacyjnych w EmpikSchool osiągnął poziom B1 (7).  W szkole mi się podobało, Młodemu też, jest w zasięgu krótkiego spaceru od nas z domu, warunki finansowe takie mniej więcej standardowe, ani niskie ani niebotycznie wysokie. Uprzejmy Pan w szkole rozłożył nam płatność na raty, więc nie jest źle. Młody został zapisany…

10606467_702532766483088_4529865820425616024_n

źródło: http://empikschool.com/pl/kursy-online#!o-kursach-empik-school-online

Ale nie o tym chciała, tylko o tym, że kiedy już wróciłam do domu zaczęłam zastanawiać się jak to jest z tym poziomem Młodego  (czeka go dziś z kolei test poziomujący w gimnazjum, aby został przypisany do właściwej grupy językowej w szkole) i czy osiągnięty przez niego wynik, to jakiś standard dla dzieci w jego wieku (1 klasa gimnazjum), czy jest słabszy (zawsze uważałam, że raczej nie), czy też może wyrasta nad poziom…

Zaczęłam więc pytać o to B1 „wujka Google-a”… i oto co odkryłam…  po szkole podstawowej dziecko powinno być na poziomie około A1  zaś w gimnazjum dojść do A2, ew. A2+ ??? Wg kolejnego artykułu, poziom B1 osiąga się mniej więcej po liceum… Przyjrzawszy się tym danym oraz przeczytawszy artykuł wyjaśniający przyczyny takiego stanu rzeczy zaczęłam się zastanawiać nad celowością nauczania języków obcych w szkołach.

Skoro skoro szkoła ma wytyczne, mówiące o tym, że maturzysta ma osiągnąć poziom B1, to nie dziwota, że nasi rodacy właściwie nie znają języka (B1 – wg mnie – to poziom, w którym dukając kupisz chleb, albo zapytasz się jak gdzieś dojechać, ale nie pogadasz za bardzo, nie mówiąc już o wykonywaniu jakiegokolwiek zawodu !) albo owszem znają, ale wyłącznie dlatego, że ich rodzice (jak ja) co roku wykładają tysiące złotych (tak, tysiące – średnio, koszt rocznego kursu językowego w dużym mieście to od 2 do 4.000 zł, w zależności od wieku, poziomu, ilości zajęć itp.) na edukację dodatkową…

Więc może, zamiast zatrudniać nauczycieli w szkołach, przeznaczyć te kwoty na rozszerzenie nauki „przedmiotów podstawowych” oraz na dofinansowanie części kosztów nauki języków ponoszonych przez rodziców poza szkołami? Skoro z założenia wiadomo, że w szkole się człowiek języka nie nauczy…

Do wczoraj sądziłam, że wynika to z uśredniania wymagań, równania do najsłabszych… Teraz już wiem, że takie są założenia nauczania…

Google-ając ten poziom angielskiego w szkołach, odkryłam również, paradoksalnie dla mnie, że uznawane na świecie egzaminy językowe (takie jak na przykład FCE), mimo iż należy do grupy egzaminów uznawanych przez MEN na prawach dawnego egzaminu państwowego z języka angielskiego” nie zwalnia ze zdawania matury ani innych egzaminów z języka angielskiego w szkole (?!). No to jak to jest?  Szkoła wymaga osiągnięcia do matury poziomu zbliżonego do A2, maturzysta ma ogólnie uznawany (też przez MEN) papier mówiący o tym, że osiągnął poziom B2, a jednak musi pisać egzamin i marnować czas sprawdzających??? Idiotyzm… Z jednej strony MEN uznaje egzamin, ale z drugiej strony nie uznaje :p

Tak czy siak, wszystko co wczoraj i dzisiaj przeczytałam prowadzi do jednego wniosku – abstrahując od poziomu nauczania w danej szkole, nie należy zakładać (wręcz nie można), że szkoła nauczy dziecko języka… I choć kwoty coroczne są spore, a ewentualny papierek z certyfikatem przyda się dopiero po maturze, to chyba warto by nasze dziecko rozmawiając z cudzoziemcem posługiwało się językiem obcym poprawnie, płynnie i zrozumiale?

Co poddaję pod rozwagę wszystkim, który (z jakichkolwiek powodów) rezygnują z wysyłania dziecka na zajęcia dodatkowe z języka, uznając, że „przecież ma w szkole”… :p

 

 

 

Kingpin Best Deals

Author: slightlyGEEK.pl

Share This Post On

Trackbacks/Pingbacks

  1. Nie zamieniaj dobrego na lepsze, czyli jak Młody nie zmienił szkoły językowej… | Slightly GEEK - […] Z nieukrywaną radością pisałam…

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

14 − twelve =

%d bloggers like this: