Kingpin Best Deals

Zabieg diamentowej mikrodermabrazji i peeling kawitacyjny w salonie Milord

Kiedy 6 lat temu zapadała w naszym domu decyzja o tym, że rzucam dobrze płatną pracę na etat i zostaję w domu jako „kura domowa” (pomagająca B. w jego pracy), wiedziałam, że nie będzie łatwo. Wiedziałam, że trzeba bedzie zrezygnować z wielu rzeczy (przynajmniej na początku), bo zamiast stałej, solidnej pensji i dość nieregularnych dochodzów z działalności, nasz budżet domowy będzie opierał się wyłącznie na tych nieregularnych…

Na pierwszy ogień i bez większego żalu, poszły więc oszczędności „na mnie” – zero zakupów ciuchowych (co najwyżej niezbędne rzeczy, ale w miarę możliwości z second-handów), ograniczenie zakupów kosmetycznych i „przesiadka” na tańsze marki, rezygnacja z wyjazdów wakacyjnych (bo ani pieniędzy, ani czasu, przy jednoosobowej działalności), i oczywiście rezygnacja z wizyt u fryzjera czy kosmetyczki…

Rezygnacja z wizyt u kosmetyczki przeszła dość bezbolesnie, bo mój ulubiony salon Lancome na Mokotowskiej zmienił „brand” i przestał być salonem Lancome, więc i tak od pewnego czasu do niego nie chadzałam, a nie znalazłam dla niego godnego zastepcy… Postanowiłam więc dbać o siebie domowymi sposobami, bez dość kosztownych wizyt w spa… Przecież da się? Są domowe peelingi, maseczki, dobre kosmetyki? I tak to leciało przez ostatnie parę lat, raczej samodzielnie, z bardzo sporadycznymi wizytami w salonach, głównie wówczas, gdy coś wygrałam ;-).

W sumie – da się – rezygnacja z wypadów do kosmetyczki nie zaowocowała gwałtownym pogorszeniem stanu mojej skóry, nie zamieniłam się w zszarzałą, pomarszczoną, „wysypaną” niedoskonałościami starą babę, mimo iż lata lecą. Ale, co by nie mówić o domowwej pielęgnacji, nie przypominam już też jędrnej i promiennej dwudziestolatki. Więc kiedy nadarzyła się okazja, aby przetestować na sobie zabiegi kosmetyczne, które mogły dodać mojej skórze świeżości i blasku  – natychmiast się zgłosiłam… i wygrałam 🙂

Dziś więc, będzie obiecana relacja z zabiegu peelingu kawitacyjnego oraz mikrodermabrazji diamentowej – wygranych w konkursie salonu Milord, na Saskiej Kępie.

Co wygrałam i co było „mi robione”?

Zabieg Diamentowej Mikrodermabrazji wraz z peelingiem kawitacyjnym z użyciem ampułki Xylogic.

Zabieg na twarz, szyję i dekolt, a błyskawiczne widoczne rezultaty to:

  • głębokie oczyszczenie skóry
  • zwężenie rozszerzonych porów
  • wyrównanie kolorytu skóry
  • spłycenie blizn
  • pobudzanie włókien kolagenowych i elastynowych
  • ujędrnienie cery

Jak było?

Zabiegi wygrane w konkursie realizowane były w znanym mi już wcześniej (moi Panowie strzygli się tam, a ja zrobiłam sobie kiedyś hennę), pobliskim salonie Milord. Kiedy zostałam poinformowana o wygranej, zadzwoniłam żeby umówić się na zabieg. W trakcie rozmowy zostałam szczegółowo poinformowana o tym ile zabieg trwa, co mniej wiecej jest w trakcie zabiegu robione oraz o ewentualnych przeciwwskazaniach do zabiegu. Na szczęście przeciwwskazania raczej mnie nie dotyczyły, ale i tak poinformowano mnie, że gdyby kosmetyczka po dokonaniu oceny stanu mojej skóry zdecydowała, iż któryś z zabiegów nie nadaje się dla mnie, to zaproponowane zostaną mi inne 🙂 (y).

Ponieważ zabieg mikrodermabrazji może wiązać się z późniejszym mniej lub bardziej intensywnym złuszczaniem się naskórka, umówiłam się na piątek, aby mieć, w razie czego, weekend na „dojście do siebie”, zanim pokażę się ludziom ;-).

Sama wizyta była bardzo przyjemna. Począwszy od tego, że zaopiekowały się mną dwie (!) przemiłe panie – Pani Żaneta i Pani Magda – przez taki „drobiazg” jak to, że leżanka na której się umościłam była podgrzewana <3.

W salonie spędziłam ponad 2 godziny…

Najpierw  – mikrodermabrazja diamentowa.

Nie, nie nakładano mi na twarz diamentów, nazwa pochodzi od urządzenia, a konkretnie jego końcówki – czegoś w rodzaju polerki – specjalnej głowicy pokrytej  kryształkami diamentu, która jednocześnie ściera i zasysa złuszczony, martwy naskórek. Oczyszczoną wcześniej skórę twarzy, szyi i dekoltu ścierano mi przy pomocy tejże specjalnej głowicy, która jednocześnie była szorstka (miałam wrażenie silnego tarcia) i ssała jak odkurzacz ;-).  Zabieg nie jest bolesny, choć nieco dziwny – slyszy się dziwne dźwięki (dzwonienie w uszach) …

Następnie – peeling kawitacyjny – też przy pomocy specjalnego aparatu – tym razem zakończonego szpatułką służącą do przesuwania po zwilżonej skórze. Peeling kawitacyjny to zabieg z użyciem ultradźwięków – dzięki nim rozbijane są martwe komórki naskórka. Kolejny bezbolesny, choć dziwny zabieg – w trakcie peelingu nie czułam prawie nic, poza delikatnym przesuwaniem się czegoś po mojej twarzy, szyi i dekolcie, za to średnio przyjemne dźwięki w uszach były znacznie silniejsze.

Po gruntownym oczyszczeniu i usunięciu sporej części naskórka z mojej twarzy przyszedł czas na odżywianie i regenerację – na twarzy wylądowała ampułka Xylogic z 50% witaminą C. I to już było rzeczywiście nieprzyjemne – mocno szczypało, wręcz paliło moją skórę… Ale zacisnęłam zęby, bo czego nie robi się dla urody ;-).

Tuż po wklepaniu w ampułki, Pani Żaneta zajęła się masażem mojej twarzy, szyi, dekoltu, ramion i karku… i to byo absolutnie cudowne! Masaż (olejki?) powodowały, że palenie odczuwane po nałożeniu witaminy C na podrażnioną skórę, stopniowo zanikało, a ja odprężałam się i relaksowałam… dawno nie byłam tak rozluźniona…

A to jak się okazało nie był koniec – po dość długim masażu, na mojej twarzy, na 25 minut, wylądowała maska algowa (na całą twarz, łacznie z oczami i ustami – zapytano mnie najpierw czy chcę i zgadzam się na zakrycie i oczu i ust), a w tym czasie Pani Magda zajęła się masażem moich dłoni i przedramion… Leżałam więc sobie na cieplutkiej leżance, przykryta kocykiem, w całkowitej ciemności i byłam dopieszczana… cudowne uczucie :).

Po zakończeniu masażu rąk i zdjęciu maski wklepano mi odżywczy, łagodzący krem… i to już wszystko. Zdrowo ponad 2 godziny, a i tak gdy przyszdł moment zejścia z cieplutkiej leżanki, to nie chciałam z niej schodzić… Zostałam dopieszczona gruntownie i … chciałam więcej 🙂 .

Co warto jeszcze dodać? W trakcie całego zabiegu byłam na bieżąco informowana co jest mi robione, jake powinno dać rezultaty i jakich mogę spodziewać się „efektów niepożądanych”. Zgodnie ze swoimi przewidywaniami zostałam uprzedzona, że istnieje spore prawdopodobieństwo późniejszego złuszczania się skóry i poinstruowano mnie szczegółowo jak o złuszczająca się skórę dbać. Zostałam uprzedzona również, że po ultradźwiękach z peelingu kawitacyjnego mogę spodziewać się, że istniejące w skórze (a niewidoczne wcześniej pokłady sebum = przyszłe niedoskonałości) mogą zaczć mi „wyłazić” na twarzy – wzmożona ilość „wyprysków” na twarzy, po zabiegu, to norma.

Przed opuszczenie salonu zostałam również zaopatrzona w sporą ilość broszurek, o tym co i czym było mi robione, abym mogła sobie dodatkowo o zabiegach i zastosowanych specyfikach, poczytać w domu. Jednym słowem – pełna „profeska” :).

No dobrze, a jak rezultaty zabiegów – jakie były efekty bezpośrednio po i czy moja skóra jest piekniejsza?

Bezpośrednio po zabiegu byłam przypominałam (nieco) ofiarę poparzenia słonecznego 😉 . Skóra na twarzy była zaczerwieniona, napięta, lekko piekąca. Nie miałam żadnych dolegliwości na szyi i dekolcie, ktore również „zaliczyły” zabiegi. Z pozytywów – bezpośrednio po zabiegu (mimo iż zaczerwieniona i wrażliwa) – moja skóra w dotyku faktycznie przypominała skórę niemowlaka… nie przypominam sobie kiedy ostatnio byłam aż tak gładka i miękka.

Aby przyspieszyć złuszczanie się naskórka i dochodzenie mojej skóry do normy, zgodnie z zaleceniami Pani Żanety, przez cały weekend stosowałam kremy z witaminą C (żurawinowy krem Norel) oraz natłuszczałam skórę (olejek z pestek moreli, olej kokosowy, olej arganowy).

Z własnej inicjatywy, dodatkowo peelinowałam ją delikatnie (kawa mielona z olejem kokosowym), a także traktowałam jak skórę poparzoną słońcem (łagodzenie i przyspieszenie złuszczania) – dwukrotnie zrobiłam sobie maseczkę z serka homogenizowanego (nie miałam akurat jogurtu, a nie chciałam pokazywać się ludzion z łuszczącą się skórą ;-).

Już w poniedziałek rano, łuszczenie prawie znikło!  Dziś – tydzień po zabiegach – łuszczenia właściwie nie ma, ale jeszcze pojawiają mi się pojedyncze wypryski – skóra nadal się oczyszcza.

Co dały mi zabiegi?

Skóra złuszczona dermabrazją i oczyszczona peelingiem kawitacyjnym jest przede wszystkim jaśniejsza – ma wyraźnie zdrowszy kolor, zauważyłam również delikatne rozjaśnienie moich nielicznych przebarwień.

Rozszerzone pory w strefie T, które mam nieszczęście od pewnego czasu posiadać, są zauważalnie mniejsze i nie wypełnione nadmiarem sebum.

Nie zaobserwowałam wygładzenia zmarszczek, ale nie posiadam ich w zasadzie, więc nie było czego obserwować. Podejrzewam jednak, że taki rezultat tez może się komuś trafić, bo moja skóra (choć nie przypomina już w dotyku „pupci niemowlaka”)  tydzień po zabiegu nadal zachowuje większą niż zazwyczaj miękkość, jędrność i gładkość…

Czy było warto?

Zdecydowanie było warto! Ok, ja robiłam zabiegi bezpłatnie, jako nagrodę w konkursie, ale rezultaty są naprawdę świetne i warte polecenia. Podejrzewam, że o ile stan portfela na to pozwoli, będę sobie od czasu do czasu je fundować

A sam salon?

Salon Milord, a w szczególności zabiegi wykonowane przez Panią Żanetę i Panią Magdę, mogę polecić każdej kobiecie z czystym sumieniem. Salon jest przyjemny, czysty (!), kosmetyczki bardzo sympatyczne. Moja wizyta była czystą przyjemnością, zabiegi wykonywano na mnie starannie, ale delikatnie, na każdym kroku mnie informowano i odpowiadano na wszelkie pytania.  Nic dodać, nic ująć!

Kingpin Best Deals

Author: slightlyGEEK.pl

Share This Post On

Submit a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

10 + one =

%d bloggers like this: